Znalezione filmy dla tradycyjne:
Brak.
Dziś kontynuujemy obalanie mitów na temat szkolenia pozytywnego, które przekazywane z ust do ust, mogą dać fałszywe wyobrażenie na temat metod i rzeczywiście zniechęcić osobą chcącą szkolić swojego psa.
Mit V: „Zawsze trzeba mieć przy sobie kliker”.
Mit ten wynika z niezrozumienia lub nie poinformowania przez trenera swojego klienta do czego służy kliker i jak go używać.
Otóż to małe proste urządzenie jest potrzebne tylko na początku uczenia danego zachowania. Kiedy pies zacznie reagować bezbłędnie na komendę optyczną (czyli właściwie skojarzy sobie komendę z zachowaniem) z klikera rezygnujemy.
Rzadko uczymy psy nowych zachowań poza domem, z tego względu, że środowisko zewnętrzne jest dla nich często zbyt rozpraszające.
Tak więc, poza nielicznymi wyjątkami, klikera nie musimy nosić ze sobą
Mit VI: „Psy szkolone przy użyciu klikera nie będą wykonywać poleceń, jeśli nie dostaną smakołyku.”
Gdyby ten mit był prawdziwy, jaki sens miałoby szkolenie? Ludzie szybko by się zorientowali, że bez jedzenia nie zdołają wyegzekwować polecenia i metody pozytywne szybko zostałyby wyrzucone na margines szkoleniowy.
Ale do rzeczy: na początku jako nagrody używa się wyłącznie smakołyków, ponieważ w ten sposób łatwo pozyskać uwagę psa a nawet przekonać go do siebie, szczególnie, jeśli do tej pory stosowaliśmy wobec niego kary tradycyjne. To jeden ze sposobów, obok dotykania, zabawy i spacerów, na zbudowanie czy odbudowanie więzi z psem.
Nie wolno tego traktować jako przekupstwo, ja preferuję spojrzenie na to, jako na zapłatę. Mało kto z nas pracuje za darmo, prawda?
Wielu ludzi sądzi, że psy wykonują polecenia wyłącznie z miłości do swojego właściciela. Prawdopodobnie takie psy istnieją, ale są niesamowitą rzadkością i zakładanie, że nasz pies jest właśnie tym, skazuje nas na porażkę.
Dla sceptycznych dobrą nowiną jest to, że po kilku tygodniach szkolenia, smakołyki stają się tylko jedną z możliwych nagród. Nagradzamy psa na różne sposoby, w zależności od tego co nasz zwierzak lubi. Może to być kontakt z innym psem, kontakt z człowiekiem, bieg przez kilkadziesiąt metrów, zabawa jego ulubioną zabawką, pochwała słowna czy możliwość powąchania sobie trawnika. Wachlarz możliwości jest bardzo szeroki, a jedzenie staje się po prostu kolejną nagrodą.
Oczywiście, może się zdarzyć tak, że Wasz pies najchętniej będzie pracował właśnie za smakołyki, ale nawet w tym wypadku można to ograniczyć i uczynić nagrodą tylko za wyjątkowo dobrze wykonane ćwiczenie.
Mit VII: „Siłą można osiągnąć lepsze rezultaty”.
Lepsze rezultaty są tutaj wyłącznie rezultatami pozornymi. Jeśli uczycie czegoś psa karząc go, to będzie wyglądało, że rzeczywiście się czegoś nauczył ale za jakiś czas: miesiąc, rok, dwa lata powróci do zachowania. Nazywa się to paradoksem unikania. Pies, który poczuje się bezpieczny, wróci do swoich starych nawyków, a oznacza to, że tak naprawdę, nie nauczył się niczego. Na pewno słyszeliście, że aby pies nie zapomniał, co przyswoił, powinno się z nim przeprowadzać sesje codziennie, powtarzając ćwiczenia, które zna. W metodach tradycyjnych, być może tak jest.
Zachowania wyuczone metodami pozytywnymi nie zanikają nigdy, dlatego, że nie są formą ucieczki przed przed karą.
Będąc w schronisku nauczyłam bardzo szybko siadać psa. Podejrzewałam, że kiedy pojawię się następny raz, pies może nie tego nie pamiętać, ponieważ minęły dwa tygodnie przerwy. Byłam zaskoczona, kiedy na słowo „siad” pies usiadł, jak gdyby robił to od zawsze. W szkoleniu pozytywnym zdarzają się i takie przypadki :)
Mit VIII: „Szkolenie pozytywne nie oduczy psa szczekania i agresji”.
To oczywista bzdura, bo co oduczy agresji? Nowa agresja? Nie od dziś wiadomo, że agresja rodzi agresję.
Najczęściej pies agresywny to pies niepewny siebie i przerażony. Wyobraźcie sobie, że Was ktoś bije, dlatego, że się boicie. Pomogłoby? Być może przestalibyście okazywać strach tak ostentacyjnie, tylko po to, żeby uniknąć kary, do czasu aż znaleźlibyście się u kresu swoich sił. Wtedy na pewno wybuchnęlibyście ze zdwojoną siłą. Wtedy psy gryzą.
W szkoleniu pozytywnym można wyeliminować zachowania niepożądane zastępując je nauką zachowań alternatywnych. Ponieważ są to ćwiczenia przyjazne dla psa, nie wywołujące lęku i korzące się dobrze, psy otwierają się na ludzi i mogą stać się na nowo wspaniałymi, wesołymi towarzyszami człowieka.
Mimo, że opanowanie agresji bywa łatwe, nie koniecznie jest szybkie, dlatego lepiej jest zapobiegać niż leczyć.
Jeśli słyszeliście inne mity na temat szkolenia pozytywnego i wciąż nie jesteście przekonani, z chęcią wyjaśnię Wam wszelkie wątpliwości, wystarczy napisać w komentarzu:)
Mit V: „Zawsze trzeba mieć przy sobie kliker”.
Mit ten wynika z niezrozumienia lub nie poinformowania przez trenera swojego klienta do czego służy kliker i jak go używać.
Otóż to małe proste urządzenie jest potrzebne tylko na początku uczenia danego zachowania. Kiedy pies zacznie reagować bezbłędnie na komendę optyczną (czyli właściwie skojarzy sobie komendę z zachowaniem) z klikera rezygnujemy.
Rzadko uczymy psy nowych zachowań poza domem, z tego względu, że środowisko zewnętrzne jest dla nich często zbyt rozpraszające.
Tak więc, poza nielicznymi wyjątkami, klikera nie musimy nosić ze sobą
Mit VI: „Psy szkolone przy użyciu klikera nie będą wykonywać poleceń, jeśli nie dostaną smakołyku.”
Gdyby ten mit był prawdziwy, jaki sens miałoby szkolenie? Ludzie szybko by się zorientowali, że bez jedzenia nie zdołają wyegzekwować polecenia i metody pozytywne szybko zostałyby wyrzucone na margines szkoleniowy.
Ale do rzeczy: na początku jako nagrody używa się wyłącznie smakołyków, ponieważ w ten sposób łatwo pozyskać uwagę psa a nawet przekonać go do siebie, szczególnie, jeśli do tej pory stosowaliśmy wobec niego kary tradycyjne. To jeden ze sposobów, obok dotykania, zabawy i spacerów, na zbudowanie czy odbudowanie więzi z psem.
Nie wolno tego traktować jako przekupstwo, ja preferuję spojrzenie na to, jako na zapłatę. Mało kto z nas pracuje za darmo, prawda?
Wielu ludzi sądzi, że psy wykonują polecenia wyłącznie z miłości do swojego właściciela. Prawdopodobnie takie psy istnieją, ale są niesamowitą rzadkością i zakładanie, że nasz pies jest właśnie tym, skazuje nas na porażkę.
Dla sceptycznych dobrą nowiną jest to, że po kilku tygodniach szkolenia, smakołyki stają się tylko jedną z możliwych nagród. Nagradzamy psa na różne sposoby, w zależności od tego co nasz zwierzak lubi. Może to być kontakt z innym psem, kontakt z człowiekiem, bieg przez kilkadziesiąt metrów, zabawa jego ulubioną zabawką, pochwała słowna czy możliwość powąchania sobie trawnika. Wachlarz możliwości jest bardzo szeroki, a jedzenie staje się po prostu kolejną nagrodą.
Oczywiście, może się zdarzyć tak, że Wasz pies najchętniej będzie pracował właśnie za smakołyki, ale nawet w tym wypadku można to ograniczyć i uczynić nagrodą tylko za wyjątkowo dobrze wykonane ćwiczenie.
Mit VII: „Siłą można osiągnąć lepsze rezultaty”.
Lepsze rezultaty są tutaj wyłącznie rezultatami pozornymi. Jeśli uczycie czegoś psa karząc go, to będzie wyglądało, że rzeczywiście się czegoś nauczył ale za jakiś czas: miesiąc, rok, dwa lata powróci do zachowania. Nazywa się to paradoksem unikania. Pies, który poczuje się bezpieczny, wróci do swoich starych nawyków, a oznacza to, że tak naprawdę, nie nauczył się niczego. Na pewno słyszeliście, że aby pies nie zapomniał, co przyswoił, powinno się z nim przeprowadzać sesje codziennie, powtarzając ćwiczenia, które zna. W metodach tradycyjnych, być może tak jest.
Zachowania wyuczone metodami pozytywnymi nie zanikają nigdy, dlatego, że nie są formą ucieczki przed przed karą.
Będąc w schronisku nauczyłam bardzo szybko siadać psa. Podejrzewałam, że kiedy pojawię się następny raz, pies może nie tego nie pamiętać, ponieważ minęły dwa tygodnie przerwy. Byłam zaskoczona, kiedy na słowo „siad” pies usiadł, jak gdyby robił to od zawsze. W szkoleniu pozytywnym zdarzają się i takie przypadki :)
Mit VIII: „Szkolenie pozytywne nie oduczy psa szczekania i agresji”.
To oczywista bzdura, bo co oduczy agresji? Nowa agresja? Nie od dziś wiadomo, że agresja rodzi agresję.
Najczęściej pies agresywny to pies niepewny siebie i przerażony. Wyobraźcie sobie, że Was ktoś bije, dlatego, że się boicie. Pomogłoby? Być może przestalibyście okazywać strach tak ostentacyjnie, tylko po to, żeby uniknąć kary, do czasu aż znaleźlibyście się u kresu swoich sił. Wtedy na pewno wybuchnęlibyście ze zdwojoną siłą. Wtedy psy gryzą.
W szkoleniu pozytywnym można wyeliminować zachowania niepożądane zastępując je nauką zachowań alternatywnych. Ponieważ są to ćwiczenia przyjazne dla psa, nie wywołujące lęku i korzące się dobrze, psy otwierają się na ludzi i mogą stać się na nowo wspaniałymi, wesołymi towarzyszami człowieka.
Mimo, że opanowanie agresji bywa łatwe, nie koniecznie jest szybkie, dlatego lepiej jest zapobiegać niż leczyć.
Jeśli słyszeliście inne mity na temat szkolenia pozytywnego i wciąż nie jesteście przekonani, z chęcią wyjaśnię Wam wszelkie wątpliwości, wystarczy napisać w komentarzu:)
28.09.2010 o godz. 15:42
komentuj (0)
Dzisiaj zabrałam się za czytanie kolejnej książki, która zaledwie wczoraj dołączyła do mojego skromnego zbiorku (czas wywalić wszystko z kolejnej półki). Zanim jednak pójdę ją czytać, szybko zapoznam Was z pierwszymi czterema mitami na temat szkolenia pozytywnego, które wynikają albo z niezrozumienia tego, co mówi szkoleniowiec, albo ze zwykłej nieuwagi.
Artykuł opieram na książce Pameli Dennison: „Pozytywne szkolenie psów dla żółtodziobów”.
Mit I: „Szkolenie metodą klikerową jest ostatnim >>krzykiem mody<<”.
Ci z Was, którzy uważnie czytali (i o ile w ogóle czytali) moje poprzednie notki dobrze wiedzą, że szkolenie metodami pozytywnymi oparte jest na warunkowaniu instrumentalnym i klasycznym i w związku z tym na powszechnych i uniwersalnych prawach uczenia się. Wielu badaczy potwierdziło badaniami skuteczność stosowania pozytywnych wzmocnień oraz wygaszeń negatywnych. Nie jest to nowość, ale wiedza licząca dziesiątki lat.
Ja osobiście na słowo „modne” wzdrygałam się z niesmakiem, bo słowo to kojarzyło mi się z czymś pustym i powierzchownym. Nauczyłam się jednak, że nawet z papki dla mas można odsiać dla siebie coś dobrego i z powodzeniem to wykorzystać. Może takie podejście przekona tych bardziej sceptycznych?
Prawdę powiedziawszy nie należy się bać nowości. Pomyślcie np. jakie niesamowite teorie mają nasze babcie, a my dziś wiemy już, że nie były one prawdziwe.. Babcie też używały wody z mydłem do czyszczenia zabrudzeń na kuchenkach, czy dziś byłoby to uznane za praktyczne? Nie – dziś w domach królują środki pozwalające zaoszczędzić czas i energię.
Tak samo jest ze szkoleniem. Można iść dłuższą drogą, a można krótszą. To, co trzeba zrobić na pewno, to sprawdzić!
Sporo ludzi zniechęca się, kiedy nie widzi postępów u swojego psa, ale najczęściej wynika to z nieprawidłowego stosowania klilkera, np. klikaniu za późno czy z niezrozumienia do czego on służy.
Dla porównania - stosowanie kar w szkoleniu tradycyjnym jest jednak dużo trudniejsze.
Mit II: „Zasady szkolenia pozytywnego są zbyt trudne, aby je zrozumieć i przyswoić”.
Trudne? Wystarczy zapamiętać to, jak uczą się zwierzęta, nauczyć się klikać we właściwym momencie, co jest kwestią wprawy, oraz nagradzać tylko to, o nam się podoba.
Najtrudniejszą kwestią jest chyba właśnie ignorowanie. Czasami ciężko jest ignorować zachowanie psa, ale istnieje jeszcze 8 innych sposobów na to, żeby je zmienić lub ograniczyć, o czym nie omieszkam napisać w niedalekiej przyszłości.
Mit III: „Nauczanie przy użyciu wzmocnienia pozytywnego trwa zbyt długo”.
Rzeczywistość brutalnie sprowadza ten mit na ziemię. Psy uczą się błyskawicznie. Być może w błąd wprowadza fakt, że szkoleniowiec pozytywny daje psu czas 5-10 sekund na zastanowienie się, co ma zrobić. Jeśli pies stoi bezradnie nie wiedząc, o co chodzi, trener zwyczajnie przypomina psu naprowadzając go lub wracając do poprzedniego etapu zadania. Takie postępowanie wynika ze zrozumienia, że zwierzak najwidoczniej nie opanował danego ćwiczenia w dostatecznym stopniu, pozwalającym na zwiększenie mu wymagań (szybszej reakcji, nie zrywania komendy, rozproszeń itp.).
Szkoleniowiec tradycyjny ukarałby w tym momencie psa stosując korektę, czyli np. szarpiąc go kolcami. Pies nie otrzymuje tutaj żadnej podpowiedzi, za punktu widzenia nauczania - nie ma to więc sensu.
Mit IV: „Podczas szkolenia nigdy nie powinno się dawać psu możliwości wyboru”.
Ten mit związany jest ze sławną teorią dominacji, szerzoną przez szkoleniowców tradycyjnych w celu wytłumaczenia i usprawiedliwienia stosowanych metod. Takie myślenie ma chyba przekonać, że mamy nad psem całkowitą kontrolę. Jest to oczywiście nieprawda, bo nawet jeśli tego nie chcemy, to pies, niezależnie od szkoły i tak ma możliwość wyboru.
Psy popełniają i będą popełniać błędy – nie da się tego uniknąć, bijąc psa, a więc jest to czynność, z punktu widzenia uczenia, niepraktyczna.
Na dziś koniec,
A ja wracam do czytania:)
Artykuł opieram na książce Pameli Dennison: „Pozytywne szkolenie psów dla żółtodziobów”.
Mit I: „Szkolenie metodą klikerową jest ostatnim >>krzykiem mody<<”.
Ci z Was, którzy uważnie czytali (i o ile w ogóle czytali) moje poprzednie notki dobrze wiedzą, że szkolenie metodami pozytywnymi oparte jest na warunkowaniu instrumentalnym i klasycznym i w związku z tym na powszechnych i uniwersalnych prawach uczenia się. Wielu badaczy potwierdziło badaniami skuteczność stosowania pozytywnych wzmocnień oraz wygaszeń negatywnych. Nie jest to nowość, ale wiedza licząca dziesiątki lat.
Ja osobiście na słowo „modne” wzdrygałam się z niesmakiem, bo słowo to kojarzyło mi się z czymś pustym i powierzchownym. Nauczyłam się jednak, że nawet z papki dla mas można odsiać dla siebie coś dobrego i z powodzeniem to wykorzystać. Może takie podejście przekona tych bardziej sceptycznych?
Prawdę powiedziawszy nie należy się bać nowości. Pomyślcie np. jakie niesamowite teorie mają nasze babcie, a my dziś wiemy już, że nie były one prawdziwe.. Babcie też używały wody z mydłem do czyszczenia zabrudzeń na kuchenkach, czy dziś byłoby to uznane za praktyczne? Nie – dziś w domach królują środki pozwalające zaoszczędzić czas i energię.
Tak samo jest ze szkoleniem. Można iść dłuższą drogą, a można krótszą. To, co trzeba zrobić na pewno, to sprawdzić!
Sporo ludzi zniechęca się, kiedy nie widzi postępów u swojego psa, ale najczęściej wynika to z nieprawidłowego stosowania klilkera, np. klikaniu za późno czy z niezrozumienia do czego on służy.
Dla porównania - stosowanie kar w szkoleniu tradycyjnym jest jednak dużo trudniejsze.
Mit II: „Zasady szkolenia pozytywnego są zbyt trudne, aby je zrozumieć i przyswoić”.
Trudne? Wystarczy zapamiętać to, jak uczą się zwierzęta, nauczyć się klikać we właściwym momencie, co jest kwestią wprawy, oraz nagradzać tylko to, o nam się podoba.
Najtrudniejszą kwestią jest chyba właśnie ignorowanie. Czasami ciężko jest ignorować zachowanie psa, ale istnieje jeszcze 8 innych sposobów na to, żeby je zmienić lub ograniczyć, o czym nie omieszkam napisać w niedalekiej przyszłości.
Mit III: „Nauczanie przy użyciu wzmocnienia pozytywnego trwa zbyt długo”.
Rzeczywistość brutalnie sprowadza ten mit na ziemię. Psy uczą się błyskawicznie. Być może w błąd wprowadza fakt, że szkoleniowiec pozytywny daje psu czas 5-10 sekund na zastanowienie się, co ma zrobić. Jeśli pies stoi bezradnie nie wiedząc, o co chodzi, trener zwyczajnie przypomina psu naprowadzając go lub wracając do poprzedniego etapu zadania. Takie postępowanie wynika ze zrozumienia, że zwierzak najwidoczniej nie opanował danego ćwiczenia w dostatecznym stopniu, pozwalającym na zwiększenie mu wymagań (szybszej reakcji, nie zrywania komendy, rozproszeń itp.).
Szkoleniowiec tradycyjny ukarałby w tym momencie psa stosując korektę, czyli np. szarpiąc go kolcami. Pies nie otrzymuje tutaj żadnej podpowiedzi, za punktu widzenia nauczania - nie ma to więc sensu.
Mit IV: „Podczas szkolenia nigdy nie powinno się dawać psu możliwości wyboru”.
Ten mit związany jest ze sławną teorią dominacji, szerzoną przez szkoleniowców tradycyjnych w celu wytłumaczenia i usprawiedliwienia stosowanych metod. Takie myślenie ma chyba przekonać, że mamy nad psem całkowitą kontrolę. Jest to oczywiście nieprawda, bo nawet jeśli tego nie chcemy, to pies, niezależnie od szkoły i tak ma możliwość wyboru.
Psy popełniają i będą popełniać błędy – nie da się tego uniknąć, bijąc psa, a więc jest to czynność, z punktu widzenia uczenia, niepraktyczna.
Na dziś koniec,
A ja wracam do czytania:)
Artykuły, które pisałam do tej pory były czymś w rodzaju wstępu. Chciałam przytoczyć pewne kwestie o których wypowiedział się świat nauki i teraz opowiedzieć Wam o szkoleniu metodami pozytywnymi, ponieważ do tej pory przewijało się tylko trochę ogólników.
Zobaczycie, że to wszystko pięknie się łączy i mam nadzieję, że wielu z Was już dziś zmieni swój stosunek do psa. Swój wywód opieram w dużej mierze na świetnej książce, która powinna być jednym z absolutnych niezbędników w domu każdego Profesjonalnego Właściciela Psa, a mianowicie: "Pozytywne szkolenie psów dla żółtodziobów" autorstwa Pameli Dennison. Gorąco polecam, ponieważ w prosty i przystępny sposób objaśnia zasady szkolenia i wszystko uzasadnia, nie pozostawiając żadnych niedomówień.
I to jest właśnie ważne. Nauka. Wiele osób myśli, że szkolenie pozytywne to po prostu moda albo wymysł organizacji pro zwierzęcych i tak naprawdę nie jest tak skuteczne jak to stosowane dawniej. Jest to oczywiście mit. Pamiętacie na pewno jak pisałam o tym na jakiej zasadzie uczą się zwierzęta (wzmocnienia i wygaszenia), a to przecież nic nowego. Prawa te znane są od dawna i funkcjonują 24/7.
Szkolenie pozytywne opiera się na kilku prostych zasadach. Podejrzewam, że ta prostota może wyglądać podejrzanie, a na początku może być nawet nudno, ale kiedy wejdą Wam w nawyk te wszystkie czynności i staną się automatyczne to zamiast zastanawiać się nad techniką zaczniecie prawdziwą przygodę ze szkoleniem.
Najważniejszą zasadą jest: nagradzamy zachowania pożądane. Tutaj krótko i zwięźle, ponieważ jak wiecie z poprzednich notek zachowanie nagradzane się powtarza.
Za to szkolenie metodami pozytywnymi całkowicie odrzuca stosowanie P+ (dla zapominalskich: wygaszenia pozytywnego, czyli typowej kary opartej na przemocy lub strachu), nie tylko dlatego, że jest to sprzeczne z kodeksem moralnym ludzi kochających zwierzęta, ale przede wszystkim dlatego, że nie przynosi korzyści (bądź przynosi je wolno), za to na pewno i zawsze jest w stanie wiele zepsuć. Problemy, które rozwiązuje się w ten sposób często się mnożą i żaden profesjonalny szkoleniowiec, w którego interesie leży dobro klienta i jego psa nie będzie tego zalecał. Stosowanie P+ niesie za sobą ogromne ryzyko, ale szerzej opiszę to w odrębnej notce – o skutkach ubocznych karania.
Co więcej, w szkoleniu pozytywnym niepożądane zachowania się ignoruje - czyli nie nagradza. To jest właśnie karą dla psa - odebranie czegoś przyjemnego (wygaszenie negatywne - P-). Uwierzcie mi - psom bardzo zależy na tym, żeby otrzymać nagrodę i bardzo szybko łapią, że coś robią nie tak. Odpowiednio zmotywowane, psy pracują chętnie i uczą się zaskakująco szybko - to niesamowite obserwować zwierzaka, który dwoi się i troi, żeby wykombinować co musi uczynić. To kolejny logiczny argument na to, że warto spróbować tych metod.
Znam psa, który prowadzony tradycyjnie nie potrafi wykonać podstawowych komend nigdzie poza swoim ogródkiem (nikt też właścicielce nie tłumaczył, że należy je ćwiczyć w różnych miejscach), a jego szkolenie trwa już 1,5 roku. To bardzo długo. Na pewno w różnych szkołach czas ten może być inny, np. krótszy. Ja wiem, że przeciętnie wystarcza 3 miesiące ćwiczeń z psem po 15 minut dziennie plus/w tym na spacerach (gdzie i tak spędzamy z psem czas i tak) i pies może w świetnym stopniu, jeśli nie doskonałym opanować kilka umiejętności pozwalających stać się niekłopotliwym towarzyszem życia.
Żeby to lepiej zrozumieć, opiszę na prostym przykładzie.
Piesek, który się bawi z Wami zaczyna tracić kontrolę nad swoimi emocjami i podgryza Was ząbkami.
Co robimy?
Po pierwsze natychmiast przerywamy zabawę (odbieramy psu, to co jest dla niego przyjemne), zabieramy ręce (od wyjątkowych gryzaczy trzeba nawet odejść, albo odizolować w pokoju na 2 minuty) i czekamy aż psiak się uspokoi. Kiedy to uczyni, do zabawy wracamy - czyli nagradzamy go za zachowanie pożądane. Piesek w końcu pojmie, że jeśli chce się bawić, musi zachowywać się spokojnie a już na pewno nie może dotykać zębami naszych dłoni.
Tak mniej więcej wygląda schemat wychowania psa. W szkoleniu pozytywnym również wyznaczamy granice i również dbamy o to, żeby były przestrzegane. Wszystko co robimy, robimy na naszych zasadach. Tylko od naszej konsekwencji zależy to, czy odniesiemy sukces.
Kolejną ważną rzeczą jest dopasowanie swoich oczekiwań do możliwości psa. Musimy być rozsądni - nie możemy wymagać od zwierzaka czegoś, czego jeszcze nie umie albo nie potrafi zrozumieć. W tym celu dzielimy zachowania na kilka mniejszych etapów.
Jeśli chcemy nauczyć psa przynoszenia aportu to przykładowo najpierw nagradzamy psa za spojrzenie, potem za podejście, dotknięcie nosem, otwarcie szczęk, wzięcie do pyska, podniesienie, przenoszenie na coraz większe odległości, aż w końcu podanie prosto do rąk. W ten sposób zwierzak jest w stanie bardzo szybko załapać o co nam chodzi. Pamiętajcie: im wolniej, tym szybciej!
Najwięcej problemów szkoleniowych przysparza właśnie to, że wymagamy od psa za dużo i za szybko. Jeśli pies kilka razy wykonał na sygnał jakąś komendę to nie oznacza, że już się jej nauczył. Potrzeba kilkaset powtórek danego ćwiczenia w różnych warunkach, żeby zwierzakowi dokładnie się utrwaliło co i jak.
Warto się nad tym zastanowić za każdym razem, kiedy coś nie wychodzi i pomyśleć jak jeszcze można ułatwić zadanie naszemu zwierzakowi. Jesteśmy bardzo inteligentnym gatunkiem, korzystajmy z tego.
I tutaj zgrabnie przechodzimy do kolejnej istotnej kwestii. Kluczem do szkolenia jest myślenie. Musimy się postarać, żeby nasz pies pracował i mu się to opłacało (zwykle wystarczą smakołyki) i zaplanować sesję tak, żeby zawsze kończyła się dla psa sukcesem. Bardzo to wpływa na motywację zwierzęcia i dzięki temu uczy się jeszcze szybciej.
Podsumowując:
- zachowania pożądane nagradzamy
- zachowania niepożądane ignorujemy
- naukę dzielimy na małe etapy, zawsze zapewniając psu sukces
- poziom trudności dopasowujemy do możliwości psa
Ideą szkolenia pozytywnego oprócz motywowania nagradzaniem, jest podejście do pracy z psem jako do współpracy. Człowiek wychodzi niejako naprzeciw potrzebom zwierzęcia, stara się je zrozumieć i występuje w roli cierpliwego i wyrozumiałego przewodnika, pomagającego naprawić popełnione błędy. Bardzo duży nacisk kładzie się tutaj na dobrą relację z psem – pies nie jest meblem ani robotem mechanicznie wykonującym komendy, ale towarzyszem, który chce to robić, bo przynosi mu to radość. Obie strony coś od siebie dają i obie są zadowolone.
Największym ryzykiem, jakie niesie za sobą stosowanie metod pozytywnego szkolenia, jest niechybne zakochanie się w swoim zwierzaku i dołączenie do milionów ludzi na świecie opanowanych tą epidemią innego, pozytywnego postrzegania rzeczywistości - do grona Przyjaciół Psów.
Jeśli do tej pory Wasze psy sprawiały Wam przyjemność, to można się tylko spodziewać jaką radość sprawi Wam odkrycie w swoim pupilu nie tylko psa, ale i Przyjaciela.
W kolejnych notkach można się spodziewać:
- mitów na temat metod pozytywnych
- wyjaśnieniu czym jest i jak korzystać z klikera
- jak motywować swojego psa
Zobaczycie, że to wszystko pięknie się łączy i mam nadzieję, że wielu z Was już dziś zmieni swój stosunek do psa. Swój wywód opieram w dużej mierze na świetnej książce, która powinna być jednym z absolutnych niezbędników w domu każdego Profesjonalnego Właściciela Psa, a mianowicie: "Pozytywne szkolenie psów dla żółtodziobów" autorstwa Pameli Dennison. Gorąco polecam, ponieważ w prosty i przystępny sposób objaśnia zasady szkolenia i wszystko uzasadnia, nie pozostawiając żadnych niedomówień.
I to jest właśnie ważne. Nauka. Wiele osób myśli, że szkolenie pozytywne to po prostu moda albo wymysł organizacji pro zwierzęcych i tak naprawdę nie jest tak skuteczne jak to stosowane dawniej. Jest to oczywiście mit. Pamiętacie na pewno jak pisałam o tym na jakiej zasadzie uczą się zwierzęta (wzmocnienia i wygaszenia), a to przecież nic nowego. Prawa te znane są od dawna i funkcjonują 24/7.
Szkolenie pozytywne opiera się na kilku prostych zasadach. Podejrzewam, że ta prostota może wyglądać podejrzanie, a na początku może być nawet nudno, ale kiedy wejdą Wam w nawyk te wszystkie czynności i staną się automatyczne to zamiast zastanawiać się nad techniką zaczniecie prawdziwą przygodę ze szkoleniem.
Najważniejszą zasadą jest: nagradzamy zachowania pożądane. Tutaj krótko i zwięźle, ponieważ jak wiecie z poprzednich notek zachowanie nagradzane się powtarza.
Za to szkolenie metodami pozytywnymi całkowicie odrzuca stosowanie P+ (dla zapominalskich: wygaszenia pozytywnego, czyli typowej kary opartej na przemocy lub strachu), nie tylko dlatego, że jest to sprzeczne z kodeksem moralnym ludzi kochających zwierzęta, ale przede wszystkim dlatego, że nie przynosi korzyści (bądź przynosi je wolno), za to na pewno i zawsze jest w stanie wiele zepsuć. Problemy, które rozwiązuje się w ten sposób często się mnożą i żaden profesjonalny szkoleniowiec, w którego interesie leży dobro klienta i jego psa nie będzie tego zalecał. Stosowanie P+ niesie za sobą ogromne ryzyko, ale szerzej opiszę to w odrębnej notce – o skutkach ubocznych karania.
Co więcej, w szkoleniu pozytywnym niepożądane zachowania się ignoruje - czyli nie nagradza. To jest właśnie karą dla psa - odebranie czegoś przyjemnego (wygaszenie negatywne - P-). Uwierzcie mi - psom bardzo zależy na tym, żeby otrzymać nagrodę i bardzo szybko łapią, że coś robią nie tak. Odpowiednio zmotywowane, psy pracują chętnie i uczą się zaskakująco szybko - to niesamowite obserwować zwierzaka, który dwoi się i troi, żeby wykombinować co musi uczynić. To kolejny logiczny argument na to, że warto spróbować tych metod.
Znam psa, który prowadzony tradycyjnie nie potrafi wykonać podstawowych komend nigdzie poza swoim ogródkiem (nikt też właścicielce nie tłumaczył, że należy je ćwiczyć w różnych miejscach), a jego szkolenie trwa już 1,5 roku. To bardzo długo. Na pewno w różnych szkołach czas ten może być inny, np. krótszy. Ja wiem, że przeciętnie wystarcza 3 miesiące ćwiczeń z psem po 15 minut dziennie plus/w tym na spacerach (gdzie i tak spędzamy z psem czas i tak) i pies może w świetnym stopniu, jeśli nie doskonałym opanować kilka umiejętności pozwalających stać się niekłopotliwym towarzyszem życia.
Żeby to lepiej zrozumieć, opiszę na prostym przykładzie.
Piesek, który się bawi z Wami zaczyna tracić kontrolę nad swoimi emocjami i podgryza Was ząbkami.
Co robimy?
Po pierwsze natychmiast przerywamy zabawę (odbieramy psu, to co jest dla niego przyjemne), zabieramy ręce (od wyjątkowych gryzaczy trzeba nawet odejść, albo odizolować w pokoju na 2 minuty) i czekamy aż psiak się uspokoi. Kiedy to uczyni, do zabawy wracamy - czyli nagradzamy go za zachowanie pożądane. Piesek w końcu pojmie, że jeśli chce się bawić, musi zachowywać się spokojnie a już na pewno nie może dotykać zębami naszych dłoni.
Tak mniej więcej wygląda schemat wychowania psa. W szkoleniu pozytywnym również wyznaczamy granice i również dbamy o to, żeby były przestrzegane. Wszystko co robimy, robimy na naszych zasadach. Tylko od naszej konsekwencji zależy to, czy odniesiemy sukces.
Kolejną ważną rzeczą jest dopasowanie swoich oczekiwań do możliwości psa. Musimy być rozsądni - nie możemy wymagać od zwierzaka czegoś, czego jeszcze nie umie albo nie potrafi zrozumieć. W tym celu dzielimy zachowania na kilka mniejszych etapów.
Jeśli chcemy nauczyć psa przynoszenia aportu to przykładowo najpierw nagradzamy psa za spojrzenie, potem za podejście, dotknięcie nosem, otwarcie szczęk, wzięcie do pyska, podniesienie, przenoszenie na coraz większe odległości, aż w końcu podanie prosto do rąk. W ten sposób zwierzak jest w stanie bardzo szybko załapać o co nam chodzi. Pamiętajcie: im wolniej, tym szybciej!
Najwięcej problemów szkoleniowych przysparza właśnie to, że wymagamy od psa za dużo i za szybko. Jeśli pies kilka razy wykonał na sygnał jakąś komendę to nie oznacza, że już się jej nauczył. Potrzeba kilkaset powtórek danego ćwiczenia w różnych warunkach, żeby zwierzakowi dokładnie się utrwaliło co i jak.
Warto się nad tym zastanowić za każdym razem, kiedy coś nie wychodzi i pomyśleć jak jeszcze można ułatwić zadanie naszemu zwierzakowi. Jesteśmy bardzo inteligentnym gatunkiem, korzystajmy z tego.
I tutaj zgrabnie przechodzimy do kolejnej istotnej kwestii. Kluczem do szkolenia jest myślenie. Musimy się postarać, żeby nasz pies pracował i mu się to opłacało (zwykle wystarczą smakołyki) i zaplanować sesję tak, żeby zawsze kończyła się dla psa sukcesem. Bardzo to wpływa na motywację zwierzęcia i dzięki temu uczy się jeszcze szybciej.
Podsumowując:
- zachowania pożądane nagradzamy
- zachowania niepożądane ignorujemy
- naukę dzielimy na małe etapy, zawsze zapewniając psu sukces
- poziom trudności dopasowujemy do możliwości psa
Ideą szkolenia pozytywnego oprócz motywowania nagradzaniem, jest podejście do pracy z psem jako do współpracy. Człowiek wychodzi niejako naprzeciw potrzebom zwierzęcia, stara się je zrozumieć i występuje w roli cierpliwego i wyrozumiałego przewodnika, pomagającego naprawić popełnione błędy. Bardzo duży nacisk kładzie się tutaj na dobrą relację z psem – pies nie jest meblem ani robotem mechanicznie wykonującym komendy, ale towarzyszem, który chce to robić, bo przynosi mu to radość. Obie strony coś od siebie dają i obie są zadowolone.
Największym ryzykiem, jakie niesie za sobą stosowanie metod pozytywnego szkolenia, jest niechybne zakochanie się w swoim zwierzaku i dołączenie do milionów ludzi na świecie opanowanych tą epidemią innego, pozytywnego postrzegania rzeczywistości - do grona Przyjaciół Psów.
Jeśli do tej pory Wasze psy sprawiały Wam przyjemność, to można się tylko spodziewać jaką radość sprawi Wam odkrycie w swoim pupilu nie tylko psa, ale i Przyjaciela.
W kolejnych notkach można się spodziewać:
- mitów na temat metod pozytywnych
- wyjaśnieniu czym jest i jak korzystać z klikera
- jak motywować swojego psa
Karanie w wychowaniu psów jest dość kontrowersyjnym tematem. Ludzie przyzwyczajeni są do stosowania kar i w gruncie rzeczy jest to chyba najczęściej spotykane narzędzie wychowawcze, zarówno w domu jak i w szkole. Motywacja jest zjawiskiem dość rzadkim, znacznie trudniej zasłużyć sobie na nagrodę, tak jakby liczyło się wyłącznie to, żeby zachowanie niepożądane przez rodzica, nauczyciela czy pracodawcę się nie pojawiło, a już nasz w tym problem, żeby dostosować się do ich wymagań. Z ich punktu widzenia pewnie tak jest wygodniej, może szybciej, ale tak naprawdę robią nam tym wielką krzywdę, ponieważ w konsekwencji zachętą staje się brak kary.
Uczymy się unikając jej i w końcu staje się to celem samym w sobie. Dobrze wiemy, czego nie robić, ale ponieważ nie byliśmy nagradzani za naszą inicjatywę, nie podejmujemy jej, bo jeszcze się okaże, że to, co byśmy zrobili zalicza się do zachowań niepożądanych.
Nie robimy więc nic niebezpiecznego, często pozbawiając się zdobycia wielu ciekawych doświadczeń i przeżyć. Idziemy z prądem, byle do jutra, a jutro to już jakoś będzie. Skrycie marzymy o aktorstwie, malarstwie, pisarstwie, psychologii, nauczeniu się gry w tenisa czy kursie nurkowania, ale i te marzenia pozostają często niespełnione w obawie przed naganą, czy głupimi pytaniami w stylu: „Ale po co Ci to?” i wypowiedziami: „Zajmij się lepiej czymś pożytecznym”.
Nierzadko wyrzucamy sobie brak wiary w siebie i niemożność dążenia do obranych celów, twierdzimy, że się nie uda, że to bez sensu..
Dla wielu z nas to wszystko brzmi znajomo, prawda?
Taka postawa w sporej mierze wyrasta właśnie ze stosowania kar a zapominaniu o motywacji. Mówią nam co jest źle, rzadziej co dobrze – uczą nas bezpiecznego życia bez zbędnych doznań i stresów. Nie bądźmy tacy sami.
Nie mniej – karać trzeba, bo dzięki temu jednostka wyciąga wnioski ze swojego postępowania, uczy się jakiejś odpowiedzialność i wielu innych ważnych rzeczy, które nie są tematem moich rozważań.
Tak jak pisałam poprzednio karać można na dwa sposoby. Nauka karę określa mianem „wygaszenia”, które może być pozytywne lub negatywne. Tłumaczenie to jest trochę nieszczęśliwe, ponieważ nie ma to nic wspólnego z oceną charakteru kary, więc pojawiają się również zamienne określenia: dodatnia lub ujemna.
Wygaszenie dodatnie (P+) to dostarczanie czegoś nieprzyjemnego karanemu, a ujemne (P-): odbieranie czegoś przyjemnego.
Większość z nas karze w ten pierwszy sposób: krzyczymy, ubliżamy, wypisujemy nagany, uwagi, niekiedy bijemy, mścimy się po czasie i wiele innych..
Drugi sposób to np. szlaban na komputer, czy zakaz wyjścia z domu na imprezę czy odebranie premii..
Pierwszy sposób jest łatwiejszy, drugi wymaga myślenia, bo musimy wiedzieć, co trzeba odebrać karanemu, żeby kara była skuteczna.
Jak więc karać?
Żelazna zasada: nie stosujemy przemocy. Wielu ludzi pewnie wyśmiałoby to stwierdzenie, napominając coś o bezzasadności bezstresowego wychowania, ale tutaj to ja bym się popukała w głowę, bowiem czy tylko przemoc=stres? Po takiej wypowiedzi od razu widać, że Ci ludzie nie mają zielonego pojęcia o tym, na czym polega wychowanie bezstresowe, tylko rzucają nieznanymi terminami na prawo i lewo.
Karanie dostarcza stresu i nie musi to być bicie.
Jedna z definicji kary to:
„Działanie, które zmniejsza prawdopodobieństwo wystąpienia danego zachowania”.
Ot, tyle.
Nie ma słowa o tym, że ma boleć, a więc nie musi.
Wszystko, co do tej pory pisałam tyczy się nie tylko ludzi, ale również psów. Wiadomo, że psy na szkoleniach pozytywnych pracują chętniej niż na tych metodami tradycyjnymi.
Po tych drugich wielu właścicieli, żeby wymusić posłuszeństwo na swoim psie musi mu pokazać smycz (którą pies wielokrotnie dostał), albo kolczatkę (którą wielokrotnie był szarpany). To chore. To jest zastraszanie. Znęcanie się psychiczne nad bezbronnym zwierzęciem, które przy odrobinie Waszych chęci stanie się takim towarzyszem, że zaczniecie opowiadać wokoło (tak jak ja;)), że metody pozytywne są o wiele skuteczniejsze i nigdy nie przypuszczaliście, że tak można pracować z psem. Spróbowanie niczego nie zepsuje, a efekt na pewno zaskoczy.
Widziałam to na własne oczy i z chęcią przytoczę przykład. Pies na kolczatce, bo ciągnie, owczarek niemiecki. Na spacerze ze mną i swoim właścicielem kolczatki oczywiście nie miał. Zwykle szarpał się idąc ulicą, bo tak go interesowały psy za siatkami, a my przeszliśmy z nim bez najmniejszych problemów, nie przejmując się samochodami, psami, rowerzystami.
To nie efekt magicznej różdżki, tylko kilka (3) dni pracy przedtem – nauczyć psa skupienia uwagi na przewodniku. Cała magia, a potwierdza, że można i trzeba szkolić mózgiem.
Oprócz tego uderzenie, czy szarpnięcie psa zwykle tylko na chwilę przerywa niepożądane zachowanie, bo pies się skupia na nieprzyjemnych doznaniach. To może dawać wrażenie skuteczności, które jednak jest złudne.
Karanie psa poprzez stosowanie P+ ma jeszcze tę wadę, że pies wysyła do nas sygnały uspokajające. Oprócz tego, że świadczy to stresie zwierzaka, to jeszcze bardzo przeszkadza, kiedy chcemy wyegzekwować jakieś ważne polecenie np. „do mnie”. Pies, doskonale wiedzący, co oznacza nasz zły ton głosu zwolni, żeby nas uspokoić. Boi się kary, to oczywiste. Ostatnio do nas wrócił i dostał po uszach.
Co robi sfrustrowany właściciel? Np. straszy go kolcami, czy innymi gadżetami, żeby doczekać się wykonania polecenia, tudzież pokazać „nieposłusznemu” psu kto tu tak naprawdę rządzi (wracamy do teorii dominacji)..
W takich sytuacjach nie można mówić o jakiejkolwiek relacji między psem a człowiekiem. Pies to tylko zestresowany robot wykonujący polecenia. Oczywiście, szkoląc w ten sposób można osiągnąć doskonałe rezultaty, ale wysokim kosztem dla psa i ogromną stratą dla siebie – i mam tu na myśli nie tylko brak tej cudownej więzi, ale np. czas. Każdy uczy się szybciej, kiedy chce się uczyć, a nauka przynosi mu radość.
Uczymy psa, jak być człowiekiem, zapominając przy tym, że sami powinniśmy nauczyć się być trochę psem.
Tak więc raz na zawsze wyrzucamy z naszego repertuaru karania P+. Od dziś koniec z krzykami (zagryzamy zęby), koniec z biciem (bo agresja rodzi agresję), koniec z unieszczęśliwianiem psa (i siebie).
Karanie za pomocą P+ obarczone jest dodatkowo pewnymi punktami ryzyka o których napiszę w oddzielnej notce w późniejszym terminie.
Ale mam nadzieję, że przekonałam;)
Dla niedowiarków w następnej notce opiszę jak skutecznie karać psa.
Uczymy się unikając jej i w końcu staje się to celem samym w sobie. Dobrze wiemy, czego nie robić, ale ponieważ nie byliśmy nagradzani za naszą inicjatywę, nie podejmujemy jej, bo jeszcze się okaże, że to, co byśmy zrobili zalicza się do zachowań niepożądanych.
Nie robimy więc nic niebezpiecznego, często pozbawiając się zdobycia wielu ciekawych doświadczeń i przeżyć. Idziemy z prądem, byle do jutra, a jutro to już jakoś będzie. Skrycie marzymy o aktorstwie, malarstwie, pisarstwie, psychologii, nauczeniu się gry w tenisa czy kursie nurkowania, ale i te marzenia pozostają często niespełnione w obawie przed naganą, czy głupimi pytaniami w stylu: „Ale po co Ci to?” i wypowiedziami: „Zajmij się lepiej czymś pożytecznym”.
Nierzadko wyrzucamy sobie brak wiary w siebie i niemożność dążenia do obranych celów, twierdzimy, że się nie uda, że to bez sensu..
Dla wielu z nas to wszystko brzmi znajomo, prawda?
Taka postawa w sporej mierze wyrasta właśnie ze stosowania kar a zapominaniu o motywacji. Mówią nam co jest źle, rzadziej co dobrze – uczą nas bezpiecznego życia bez zbędnych doznań i stresów. Nie bądźmy tacy sami.
Nie mniej – karać trzeba, bo dzięki temu jednostka wyciąga wnioski ze swojego postępowania, uczy się jakiejś odpowiedzialność i wielu innych ważnych rzeczy, które nie są tematem moich rozważań.
Tak jak pisałam poprzednio karać można na dwa sposoby. Nauka karę określa mianem „wygaszenia”, które może być pozytywne lub negatywne. Tłumaczenie to jest trochę nieszczęśliwe, ponieważ nie ma to nic wspólnego z oceną charakteru kary, więc pojawiają się również zamienne określenia: dodatnia lub ujemna.
Wygaszenie dodatnie (P+) to dostarczanie czegoś nieprzyjemnego karanemu, a ujemne (P-): odbieranie czegoś przyjemnego.
Większość z nas karze w ten pierwszy sposób: krzyczymy, ubliżamy, wypisujemy nagany, uwagi, niekiedy bijemy, mścimy się po czasie i wiele innych..
Drugi sposób to np. szlaban na komputer, czy zakaz wyjścia z domu na imprezę czy odebranie premii..
Pierwszy sposób jest łatwiejszy, drugi wymaga myślenia, bo musimy wiedzieć, co trzeba odebrać karanemu, żeby kara była skuteczna.
Jak więc karać?
Żelazna zasada: nie stosujemy przemocy. Wielu ludzi pewnie wyśmiałoby to stwierdzenie, napominając coś o bezzasadności bezstresowego wychowania, ale tutaj to ja bym się popukała w głowę, bowiem czy tylko przemoc=stres? Po takiej wypowiedzi od razu widać, że Ci ludzie nie mają zielonego pojęcia o tym, na czym polega wychowanie bezstresowe, tylko rzucają nieznanymi terminami na prawo i lewo.
Karanie dostarcza stresu i nie musi to być bicie.
Jedna z definicji kary to:
„Działanie, które zmniejsza prawdopodobieństwo wystąpienia danego zachowania”.
Ot, tyle.
Nie ma słowa o tym, że ma boleć, a więc nie musi.
Wszystko, co do tej pory pisałam tyczy się nie tylko ludzi, ale również psów. Wiadomo, że psy na szkoleniach pozytywnych pracują chętniej niż na tych metodami tradycyjnymi.
Po tych drugich wielu właścicieli, żeby wymusić posłuszeństwo na swoim psie musi mu pokazać smycz (którą pies wielokrotnie dostał), albo kolczatkę (którą wielokrotnie był szarpany). To chore. To jest zastraszanie. Znęcanie się psychiczne nad bezbronnym zwierzęciem, które przy odrobinie Waszych chęci stanie się takim towarzyszem, że zaczniecie opowiadać wokoło (tak jak ja;)), że metody pozytywne są o wiele skuteczniejsze i nigdy nie przypuszczaliście, że tak można pracować z psem. Spróbowanie niczego nie zepsuje, a efekt na pewno zaskoczy.
Widziałam to na własne oczy i z chęcią przytoczę przykład. Pies na kolczatce, bo ciągnie, owczarek niemiecki. Na spacerze ze mną i swoim właścicielem kolczatki oczywiście nie miał. Zwykle szarpał się idąc ulicą, bo tak go interesowały psy za siatkami, a my przeszliśmy z nim bez najmniejszych problemów, nie przejmując się samochodami, psami, rowerzystami.
To nie efekt magicznej różdżki, tylko kilka (3) dni pracy przedtem – nauczyć psa skupienia uwagi na przewodniku. Cała magia, a potwierdza, że można i trzeba szkolić mózgiem.
Oprócz tego uderzenie, czy szarpnięcie psa zwykle tylko na chwilę przerywa niepożądane zachowanie, bo pies się skupia na nieprzyjemnych doznaniach. To może dawać wrażenie skuteczności, które jednak jest złudne.
Karanie psa poprzez stosowanie P+ ma jeszcze tę wadę, że pies wysyła do nas sygnały uspokajające. Oprócz tego, że świadczy to stresie zwierzaka, to jeszcze bardzo przeszkadza, kiedy chcemy wyegzekwować jakieś ważne polecenie np. „do mnie”. Pies, doskonale wiedzący, co oznacza nasz zły ton głosu zwolni, żeby nas uspokoić. Boi się kary, to oczywiste. Ostatnio do nas wrócił i dostał po uszach.
Co robi sfrustrowany właściciel? Np. straszy go kolcami, czy innymi gadżetami, żeby doczekać się wykonania polecenia, tudzież pokazać „nieposłusznemu” psu kto tu tak naprawdę rządzi (wracamy do teorii dominacji)..
W takich sytuacjach nie można mówić o jakiejkolwiek relacji między psem a człowiekiem. Pies to tylko zestresowany robot wykonujący polecenia. Oczywiście, szkoląc w ten sposób można osiągnąć doskonałe rezultaty, ale wysokim kosztem dla psa i ogromną stratą dla siebie – i mam tu na myśli nie tylko brak tej cudownej więzi, ale np. czas. Każdy uczy się szybciej, kiedy chce się uczyć, a nauka przynosi mu radość.
Uczymy psa, jak być człowiekiem, zapominając przy tym, że sami powinniśmy nauczyć się być trochę psem.
Tak więc raz na zawsze wyrzucamy z naszego repertuaru karania P+. Od dziś koniec z krzykami (zagryzamy zęby), koniec z biciem (bo agresja rodzi agresję), koniec z unieszczęśliwianiem psa (i siebie).
Karanie za pomocą P+ obarczone jest dodatkowo pewnymi punktami ryzyka o których napiszę w oddzielnej notce w późniejszym terminie.
Ale mam nadzieję, że przekonałam;)
Dla niedowiarków w następnej notce opiszę jak skutecznie karać psa.
Jeśli czytaliście moje poprzednie artykuły, to wiecie już jak można zaobserwować stres u psów, jak próbują sobie z nim radzić i jak Wy możecie spróbować go zmniejszyć. Jeśli sygnały uspokajające nie zadziałają, albo sytuacja tego wymaga, najprościej jest zlikwidować źródło stresu. Wózek dziecięcy, samochód czy trzymanie na rękach – to wszystko można kontrolować – można zabrać psa z sytuacji dla niego stresującej. A on będzie Wam za to wdzięczny i obdarzy Was większym zaufaniem – po prostu będzie się czuł przy Was bezpiecznie. Nie zapominajcie bowiem, że psy to wieczne szczenięta i potrzebują naszej opieki.
Wiele książek podaje, że najczęstszym błędem, jaki możemy zrobić, to pocieszać zwierzę. Ton głosu jaki wtedy przyjmujemy oraz to co robimy, może być odebrane przez psa jako przyznanie mu racji: „Tak, masz się czego bać”.
Osobiście odnoszę się do tego dość sceptycznie, ale wystarczającym dla mnie argumentem dla niestosowania ludzkiego sposobu pocieszania jest fakt, że pies zupełnie nie rozumie co do niego mówię, a więc nie rozumie dlaczego nie powinien się bać.
Uważam więc, że należy to obejść z mózgiem i wytłumaczyć mu to używając smakołyków.
Zasada jest prosta. Jeśli nasz pupil boi się kartonowego pudła to budujemy skojarzenie: pudło=smakołyk. Jest to tak zwane odwrażliwianie i można próbować je stosować na co dzień, pamiętając przy tym, żeby nie wymagać za wiele i zbyt szybko nie podnosić poprzeczki.
Przypomina to leczenie fobii u ludzi. Najpierw pająka (arachnofobia, wszem i wobec znana) pokazujemy na zdjęciach, potem prawdziwego z daleka i stopniowo przybliżamy (stosując jednocześnie metody relaksacyjne). Na kolejny etap przechodzimy tylko wtedy, kiedy na poprzednim pacjent nie czuje już lęku.
Kierujmy się zasadą: „im wolniej, tym szybciej”, bo jeśli zrobimy coś za szybko, to być może trzeba będzie zaczynać od początku.
Dlaczego ważne jest, aby nasz pies się nie bał? Dlatego, że zwierzę w sytuacji przerażenia ucieka. Psy zwykle są na smyczy, więc nie zawsze mają możliwość wycofania się i dlatego mogą zastosować drugą strategię przetrwania: atak.
Pamiętajcie jednak, że wszystko może być dla psa stresujące, jeśli takim to uczynicie. Wy sami również.
Szkolenie zwierzaka powinno być dla niego świetną zabawą, a nie źródłem nadmiernego stresu. Badania wykazały, że psy uczestniczące w szkoleniach metodami tradycyjnymi mają znacznie wyższy poziom kortyzolu we krwi niż te, które chodzą na lekcje prowadzone metodami pozytywnymi. Kortyzol jest nazywany hormonem stresu i jego zbyt wysoki i ciągle utrzymujący się poziom jest szkodliwy dla organizmu oraz dla samopoczucia.
Wiadomo również, że stres jest potrzebny i odpowiednio dawkowany nie obniża poziomu motywacji, a nawet go podwyższa. Generalnie jednak: dla psa wystarcza zwykle to, że musi się głowić nad tym, czego od niego oczekujemy oraz wykonywać zadania.
Na szkoleniach metodami pozytywnymi pies również się stresuje. Ma motywację do tego, żeby się uczyć, ale głównym czynnikiem stresogennym jest podwyższanie poprzeczki. To tak, jak my uczymy się czegoś nowego i poziomy trudności wzrastają.
Pomyślcie, gdyby nauczyciel czy pracodawca krzyczał na Was za to, że nie opanowaliście jeszcze danej umiejętności czy materiału, a tymczasem sam dobrze ich nie wytłumaczył, to czulibyście się lepiej? Na pewno nie. Bylibyście zbyt zdenerwowani, żeby efektownie przyswajać wiedzę. Tak samo nasze psy.
Musimy zawsze brać pod uwagę to, że psiaki są znacznie mniej inteligentne i to my musimy się do nich dostosować, a nie one do nas – to jest bowiem fizycznie niemożliwe.
Nie ma psów tak głupich, że nie da się ich wyszkolić – są tylko szkoleniowcy, którzy nie potrafią przekazać swoich oczekiwań. To pedagogiczna porażka za którą nikt nie powinien być karany, a już na pewno nie pies.
Na szkoleniu metodami pozytywnymi nie ominiemy pewnych trudności związanych z przekazaniem oczekiwań, ale wyłączamy całkowicie wyładowywanie na psie frustracji z powodu naszych niepowodzeń.
Przyjrzyjmy się zatem, co najczęściej stresuje psa na szkoleniach metodami tradycyjnymi:
- krzyczenie
- bicie
- zmuszanie go do przyjęcia określonej pozycji
- scruff shakes
- alpha rolls
Po kolei. Krzyczenie i bicie psa jest całkowicie nieuzasadnione z etycznego jak i logicznego punktu widzenia, ponieważ pies nie rozumie naszego języka i nie rozumie dlaczego nagle stajemy się agresywni. Nawet jeśli w końcu skojarzy swój błąd z naszym wybuchem złości nie nauczy się niczego. Brak jest tu bowiem informacji jak powinien się zachować, za to dochodzi do wniosku, że nie powinien robić czegokolwiek, bo to jest bardziej opłacalne. Nazywa się to wyuczoną bezradnością – „nie zrobię nic, bo nie potrafię”, „po co mam się uczyć i tak tego nie pojmę”, „nie chcę nic robić, bo jak zrobię źle, to dostanę karę”. Brzmi znajomo? Zabijamy w zwierzęciu kreatywne myślenie – jest psychicznie sparaliżowany. Mamy psa pozornie posłusznego ale wewnętrznie przygaszonego. To pies, który robi, bo musi i nie dlatego, że to jest fajne, że przynosi radość, tylko dlatego, żeby uniknąć tego strasznego krzyku i bólu. Z resztą, z tego samego powodu nie zaskoczy nas niczym nowym.
Nie wiem, czy już sobie to uświadomiliście, ale pies nie boi się własnego cienia, tylko Was – właścicieli, którzy na co dzień przytulają psa a potem zmieniają się w autorytarnych dyktatorów wyznaczających granicę przemocą. Właśnie przypomniał mi się świetny cytat: „Dyktatorzy nie mają mocy – mają przemoc.” A tymczasem jesteście w stanie dokonać tego, żeby jedno Wasze słowo skutkowało wykonaniem przez psa komendy z pełną radością i zaangażowaniem.
Zmuszanie psa do przyjęcia określonej pozycji wiąże się z dotykaniem go. Psy tego nie lubią. Większość psów nie znosi głaskania po głowie i dopiero trzeba je nauczyć, że to jest fajne. Na pewno każdy z Was, kto próbował przesuwać psu łapy zauważy u niego nagłe sztywnienie oraz zapieranie się, ewentualnie zabieranie łap, oblizywanie się, zamknięcie pyska – sygnały uspokajające. To też nie ma sensu, bo pies nie rozumie o co nam chodzi. Wyobrażacie sobie, żeby ktoś kogo dobrze znacie nagle zaczął Was, bez słowa wyjaśnienia dotykać i ustawiać w określonej pozycji? Nie wiecie, czemu ma to służyć, a jeśli staniecie źle, to dostaniecie karę? Pies uczy się w końcu, ale to nauka z nastawieniem: „dobrze, stanę już tak, tylko mnie nie dotykaj, bo to nieprzyjemne jak mnie tak szarpiesz”. Celowo użyłam tego słowa, ponieważ praktycznie żaden pies nie stanie tak jak sobie wymarzymy, jeśli nie użyjemy do tego siły i nie przytrzymamy go w niekomfortowej pozycji.
W tej kategorii zawarłabym również zapinanie psu kolczatki, ponieważ pseudo-szkoleniowcy często radzą szarpanie psa za kolce, kiedy robi coś niewłaściwego. Jeśli nikt z Was nie miał jeszcze kolczatki na sobie, to załóżcie sobie na ramię i pociągnijcie, nie za mocno, żebyście sobie nie zrobili krzywdy. Psy czują ból tak samo jak Wy, tylko jako drapieżniki są zaprogramowane do tego, żeby nie okazywać go tak ostentacyjnie. O samych narzędziach szkoleniowych będę jeszcze pisać, ale kolczatka jest zdecydowanie na mojej liście eksponatów muzealnych.
Moje „ulubione” metody szkoleniowe oraz wychowawcze to alpha rolls i scruff shakes.
Pierwsza polega na przewróceniu psa na plecy, żeby mu pokazać, kto tu dominuje, do momentu aż pies się nie uspokoi. A ponieważ ten, unieruchomiony przez dłużą chwilę w tak niekomfortowej pozycji, zaczyna się szarpać, przypomina to małą walkę. Oczywiście – pies nie ma zielonego pojęcia co się dzieje.
Metoda ta została zaczerpnięta od wilków, ale wprowadzono tu małą różnicę. Wilk okazuje podporządkowanie pokazując brzuch, nikt go nie musi wywalać kołami do góry. Ludzie wiedzą lepiej.
Scruff shakes polega na chwyceniu psa za skórę na karku, podniesieniu go tak, żeby miał przednie łapy w górze i nagrzeszeniu mu w nos.
Podobno suka przytrzymuje za kark swoje młode, kiedy nie są najgrzeczniejsze. Ale suka dobrze wie, kiedy przestać, bo widzi wszystkie znaki jakie wysyła szczenię obiecujące, że już będzie grzeczne.
Ludzie są na to za słabi. Ale wiedzą lepiej.
Nie każdy pies da sobie również w kaszę dmuchać. Takie zachowania prowadzą do coraz częstszych konfrontacji z psami bardzo pewnymi siebie (stąd również mamy między innymi tzw. rasy agresywne, agresywne na życzenie człowieka), ale poważnie zaburzają te lękliwe.
A czego tak naprawdę uczy się pies? Że dotyk = coś bardzo nieprzyjemnego. Dlatego Ci, którzy to stosują, niech się nie dziwią, że pies pokazuje zęby, kiedy chcecie go pogłaskać, że gryzie, kiedy wyciągacie do niego rękę, że wycofuje się na Wasz widok, że całymi latami wysyła Wam CS’y, zanim ugryzie. Zasłużyliście sobie na to, ale to jeszcze nic straconego, ponieważ już dziś możecie to zmienić.
Tak wygląda szkolenie metodami tradycyjnymi. W tych czasach rzadziej można spotykać taki wojskowy dryl jak niegdyś, czyli wydawanie komend krzykiem, podwieszanie psa na obrożach dławiących i tego typu klimaty. Obecnie przodują obroże elektryczne, kolczatki, ustalanie hierarchii za pomocą przemocy (scruff shakes i alpha rolls to właśnie przemoc). Stosowanie tego wszystkiego jest sprzeczne z etyką, a co najważniejsze! naukowo dowiedziono, że są metody lepsze, nie obarczone takim ryzykiem i szybciej dające efekty.
Co na temat szkolenia mówi Victoria Stilwell
Wiele książek podaje, że najczęstszym błędem, jaki możemy zrobić, to pocieszać zwierzę. Ton głosu jaki wtedy przyjmujemy oraz to co robimy, może być odebrane przez psa jako przyznanie mu racji: „Tak, masz się czego bać”.
Osobiście odnoszę się do tego dość sceptycznie, ale wystarczającym dla mnie argumentem dla niestosowania ludzkiego sposobu pocieszania jest fakt, że pies zupełnie nie rozumie co do niego mówię, a więc nie rozumie dlaczego nie powinien się bać.
Uważam więc, że należy to obejść z mózgiem i wytłumaczyć mu to używając smakołyków.
Zasada jest prosta. Jeśli nasz pupil boi się kartonowego pudła to budujemy skojarzenie: pudło=smakołyk. Jest to tak zwane odwrażliwianie i można próbować je stosować na co dzień, pamiętając przy tym, żeby nie wymagać za wiele i zbyt szybko nie podnosić poprzeczki.
Przypomina to leczenie fobii u ludzi. Najpierw pająka (arachnofobia, wszem i wobec znana) pokazujemy na zdjęciach, potem prawdziwego z daleka i stopniowo przybliżamy (stosując jednocześnie metody relaksacyjne). Na kolejny etap przechodzimy tylko wtedy, kiedy na poprzednim pacjent nie czuje już lęku.
Kierujmy się zasadą: „im wolniej, tym szybciej”, bo jeśli zrobimy coś za szybko, to być może trzeba będzie zaczynać od początku.
Dlaczego ważne jest, aby nasz pies się nie bał? Dlatego, że zwierzę w sytuacji przerażenia ucieka. Psy zwykle są na smyczy, więc nie zawsze mają możliwość wycofania się i dlatego mogą zastosować drugą strategię przetrwania: atak.
Pamiętajcie jednak, że wszystko może być dla psa stresujące, jeśli takim to uczynicie. Wy sami również.
Szkolenie zwierzaka powinno być dla niego świetną zabawą, a nie źródłem nadmiernego stresu. Badania wykazały, że psy uczestniczące w szkoleniach metodami tradycyjnymi mają znacznie wyższy poziom kortyzolu we krwi niż te, które chodzą na lekcje prowadzone metodami pozytywnymi. Kortyzol jest nazywany hormonem stresu i jego zbyt wysoki i ciągle utrzymujący się poziom jest szkodliwy dla organizmu oraz dla samopoczucia.
Wiadomo również, że stres jest potrzebny i odpowiednio dawkowany nie obniża poziomu motywacji, a nawet go podwyższa. Generalnie jednak: dla psa wystarcza zwykle to, że musi się głowić nad tym, czego od niego oczekujemy oraz wykonywać zadania.
Na szkoleniach metodami pozytywnymi pies również się stresuje. Ma motywację do tego, żeby się uczyć, ale głównym czynnikiem stresogennym jest podwyższanie poprzeczki. To tak, jak my uczymy się czegoś nowego i poziomy trudności wzrastają.
Pomyślcie, gdyby nauczyciel czy pracodawca krzyczał na Was za to, że nie opanowaliście jeszcze danej umiejętności czy materiału, a tymczasem sam dobrze ich nie wytłumaczył, to czulibyście się lepiej? Na pewno nie. Bylibyście zbyt zdenerwowani, żeby efektownie przyswajać wiedzę. Tak samo nasze psy.
Musimy zawsze brać pod uwagę to, że psiaki są znacznie mniej inteligentne i to my musimy się do nich dostosować, a nie one do nas – to jest bowiem fizycznie niemożliwe.
Nie ma psów tak głupich, że nie da się ich wyszkolić – są tylko szkoleniowcy, którzy nie potrafią przekazać swoich oczekiwań. To pedagogiczna porażka za którą nikt nie powinien być karany, a już na pewno nie pies.
Na szkoleniu metodami pozytywnymi nie ominiemy pewnych trudności związanych z przekazaniem oczekiwań, ale wyłączamy całkowicie wyładowywanie na psie frustracji z powodu naszych niepowodzeń.
Przyjrzyjmy się zatem, co najczęściej stresuje psa na szkoleniach metodami tradycyjnymi:
- krzyczenie
- bicie
- zmuszanie go do przyjęcia określonej pozycji
- scruff shakes
- alpha rolls
Po kolei. Krzyczenie i bicie psa jest całkowicie nieuzasadnione z etycznego jak i logicznego punktu widzenia, ponieważ pies nie rozumie naszego języka i nie rozumie dlaczego nagle stajemy się agresywni. Nawet jeśli w końcu skojarzy swój błąd z naszym wybuchem złości nie nauczy się niczego. Brak jest tu bowiem informacji jak powinien się zachować, za to dochodzi do wniosku, że nie powinien robić czegokolwiek, bo to jest bardziej opłacalne. Nazywa się to wyuczoną bezradnością – „nie zrobię nic, bo nie potrafię”, „po co mam się uczyć i tak tego nie pojmę”, „nie chcę nic robić, bo jak zrobię źle, to dostanę karę”. Brzmi znajomo? Zabijamy w zwierzęciu kreatywne myślenie – jest psychicznie sparaliżowany. Mamy psa pozornie posłusznego ale wewnętrznie przygaszonego. To pies, który robi, bo musi i nie dlatego, że to jest fajne, że przynosi radość, tylko dlatego, żeby uniknąć tego strasznego krzyku i bólu. Z resztą, z tego samego powodu nie zaskoczy nas niczym nowym.
Nie wiem, czy już sobie to uświadomiliście, ale pies nie boi się własnego cienia, tylko Was – właścicieli, którzy na co dzień przytulają psa a potem zmieniają się w autorytarnych dyktatorów wyznaczających granicę przemocą. Właśnie przypomniał mi się świetny cytat: „Dyktatorzy nie mają mocy – mają przemoc.” A tymczasem jesteście w stanie dokonać tego, żeby jedno Wasze słowo skutkowało wykonaniem przez psa komendy z pełną radością i zaangażowaniem.
Zmuszanie psa do przyjęcia określonej pozycji wiąże się z dotykaniem go. Psy tego nie lubią. Większość psów nie znosi głaskania po głowie i dopiero trzeba je nauczyć, że to jest fajne. Na pewno każdy z Was, kto próbował przesuwać psu łapy zauważy u niego nagłe sztywnienie oraz zapieranie się, ewentualnie zabieranie łap, oblizywanie się, zamknięcie pyska – sygnały uspokajające. To też nie ma sensu, bo pies nie rozumie o co nam chodzi. Wyobrażacie sobie, żeby ktoś kogo dobrze znacie nagle zaczął Was, bez słowa wyjaśnienia dotykać i ustawiać w określonej pozycji? Nie wiecie, czemu ma to służyć, a jeśli staniecie źle, to dostaniecie karę? Pies uczy się w końcu, ale to nauka z nastawieniem: „dobrze, stanę już tak, tylko mnie nie dotykaj, bo to nieprzyjemne jak mnie tak szarpiesz”. Celowo użyłam tego słowa, ponieważ praktycznie żaden pies nie stanie tak jak sobie wymarzymy, jeśli nie użyjemy do tego siły i nie przytrzymamy go w niekomfortowej pozycji.
W tej kategorii zawarłabym również zapinanie psu kolczatki, ponieważ pseudo-szkoleniowcy często radzą szarpanie psa za kolce, kiedy robi coś niewłaściwego. Jeśli nikt z Was nie miał jeszcze kolczatki na sobie, to załóżcie sobie na ramię i pociągnijcie, nie za mocno, żebyście sobie nie zrobili krzywdy. Psy czują ból tak samo jak Wy, tylko jako drapieżniki są zaprogramowane do tego, żeby nie okazywać go tak ostentacyjnie. O samych narzędziach szkoleniowych będę jeszcze pisać, ale kolczatka jest zdecydowanie na mojej liście eksponatów muzealnych.
Moje „ulubione” metody szkoleniowe oraz wychowawcze to alpha rolls i scruff shakes.
Pierwsza polega na przewróceniu psa na plecy, żeby mu pokazać, kto tu dominuje, do momentu aż pies się nie uspokoi. A ponieważ ten, unieruchomiony przez dłużą chwilę w tak niekomfortowej pozycji, zaczyna się szarpać, przypomina to małą walkę. Oczywiście – pies nie ma zielonego pojęcia co się dzieje.
Metoda ta została zaczerpnięta od wilków, ale wprowadzono tu małą różnicę. Wilk okazuje podporządkowanie pokazując brzuch, nikt go nie musi wywalać kołami do góry. Ludzie wiedzą lepiej.
Scruff shakes polega na chwyceniu psa za skórę na karku, podniesieniu go tak, żeby miał przednie łapy w górze i nagrzeszeniu mu w nos.
Podobno suka przytrzymuje za kark swoje młode, kiedy nie są najgrzeczniejsze. Ale suka dobrze wie, kiedy przestać, bo widzi wszystkie znaki jakie wysyła szczenię obiecujące, że już będzie grzeczne.
Ludzie są na to za słabi. Ale wiedzą lepiej.
Nie każdy pies da sobie również w kaszę dmuchać. Takie zachowania prowadzą do coraz częstszych konfrontacji z psami bardzo pewnymi siebie (stąd również mamy między innymi tzw. rasy agresywne, agresywne na życzenie człowieka), ale poważnie zaburzają te lękliwe.
A czego tak naprawdę uczy się pies? Że dotyk = coś bardzo nieprzyjemnego. Dlatego Ci, którzy to stosują, niech się nie dziwią, że pies pokazuje zęby, kiedy chcecie go pogłaskać, że gryzie, kiedy wyciągacie do niego rękę, że wycofuje się na Wasz widok, że całymi latami wysyła Wam CS’y, zanim ugryzie. Zasłużyliście sobie na to, ale to jeszcze nic straconego, ponieważ już dziś możecie to zmienić.
Tak wygląda szkolenie metodami tradycyjnymi. W tych czasach rzadziej można spotykać taki wojskowy dryl jak niegdyś, czyli wydawanie komend krzykiem, podwieszanie psa na obrożach dławiących i tego typu klimaty. Obecnie przodują obroże elektryczne, kolczatki, ustalanie hierarchii za pomocą przemocy (scruff shakes i alpha rolls to właśnie przemoc). Stosowanie tego wszystkiego jest sprzeczne z etyką, a co najważniejsze! naukowo dowiedziono, że są metody lepsze, nie obarczone takim ryzykiem i szybciej dające efekty.
Co na temat szkolenia mówi Victoria Stilwell


